Posterous theme by Cory Watilo

Chwasty polskie dla św. Stefana ;-)

S

Leżą przede mną dwie prawie identycznie wyglądające książki. Niestety prawie czyni tu pewną różnicę. Pierwsze trzy rozdziały polskiego wydania biografii Steve’a Jobsa przeczytałem bez ołówka w ręku. To był błąd. Dlatego drobny kwiatek dopiero z rozdziału piątego. 

oryginał:

„Bill Gates and Paul Allen read the magazine and started working on a version of BASIC, an easy-to-use programming language for Altair.”

str. 59

tłumaczenie:

„Bill Gates i Paul Allen przeczytali «Popular Mechanics» i zaczęli pracować nad wersją BASIC-a na Alitara”

str. 94

Pamiętam, co to BASIC, pisałem w nim programiki na Commodore C-64. Obawiam się, że dla większości dzisiejszych użytkowników iPada jest to nazwa niewiele mówiąca. Pamiętał o tym autor, nie pamiętał tłumacz i redaktor polskiego wydania, szkoda. 

To jest szczegół w tłumaczeniu, redakcji. Jeden z wielu elementów książki, jak skład tekstu, jakość druku, papier – wszystkie razem dobrze dobrane sprawiają, że nam się komfortowo czyta. Wydanie polskie tego komfortu nie daje. Porównanie EN twardej edycji z PL miękką może zmiażdżyć „miękkiego” przeciwnika.

Idę temperować ołówek, będzie potrzebny. 

 

Walter Isaacson Steve Jobs

Przekład Przemysław Biliński (rozdziały 4-22, 36-41, Bibliografia, Przypisy)

Michał Strąkow (Wprowadzenie, rozdziały 1-3, 23-35)

Redakcja Małgorzata Poździk / d2d.pl

Korekta Zuzanna Szatanik, Anna Woś, Magdalena Kędzierska-Zaporowska / d2d.pl

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś d2d.pl

Skład d2d.pl

Konsultacja Tomasz Brzozowski

Insignis Media, Kraków 2011

ISBN 978-83-61428-48-0

 

 

Steve Jobs by Walter Isaacson

Designed by Joy O’Meara

Published in Great Britan in 2011 by Little, Brown

ISBN 978-1-4087-0374-8

 

Lion cz. IV, co z tego ma ZU

Miało być o...*, będzie o Zwykłym Użytkowniku (ZU), odmiennym od Super Użytkownika (SU). Będę się przynajmniej starał spojrzeć na system z tej innej strony**.
O wyglądzie było w poprzedniej części. Czas na funkcjonalność, tę podstawową, tę najważniejszą dla ZU. Dla SU przeznaczę następne odcinki rozbierające poszczególne aplikacje na czynniki pierwsze.
Odpowiedź na podstawowe pytanie: czy warto się przesiąść na Mac OS X Lion 10.7., brzmi – TAK, bo jest fajnie ;) Uzasadnienie w dalszej części tekstu.
Zacznijmy tak jak Apple.

250

Dobra, ale co z tego wynika dla ZU? Przecież, jak spróbuję wyliczać to tekst będzie miał 10 000 słów i każdy ZU zaśnie w połowie.
Zacznę od Mission Control, czyli poprawionej wersji znanej z poprzedniej wersji systemu Spaces i nowej funkcji Trybu pełnoekranowego. Zestawione razem stanowią duet nie do pobicia, są po prostu bardzo wygodne. W tej chwili mój ekran wygląda tak.

Pages_fs

Przesuwam dwoma palcami po trackpad lub MagicMouse (MM) i już jestem na Biurku obok. Cztery palce do góry na trackpad lub dwa stuknięcia dwoma palcami w MM i mamy pełne Mission Control.

Ms

Przełączanie się pomiędzy aplikacjami, bez względu, czy są w trybie pełnoekranowym czy nie, powrót do biurka, wszystko pod palcem, nawet nie pod myszką. Szybko, łatwo i płynnie. Gesty są naturalne, po dwóch użyciach zapamiętujemy je bez najmniejszego problemu. Przerzucenie programu z jednego Biurka na drugie polega na przeciągnięciu i upuszczeniu. Wszystko ładnie zademonstrowane w System Preferences, oddzielnie dla myszki i trackpad.

 

Jest to duże ułatwienie, szczególnie dla użytkowników pracujących na kilku, kilkunastu, czasem kilkudziesięciu otwartych programach – tak, są tacy. Tutaj pojawia się następna nowość, na którą większość użytkowników nie zwróciła uwagi. Świetlista kropeczka w Dock, oznaczająca uruchomiony program. Domyślnie w Lwie jej nie ma! Oczywiście, można ją sobie włączyć

(download)

To jest mała rzecz, jednak bardzo wiele mówiąca o filozofii Apple. Użytkownik ma sobie nie zaprzątać głowy tym, co ma uruchomione i który program działa w danym momencie, aktóry nie. Ma się zająć pracą, rozrywką – swoim celem, dla którego usiadł przed komputerem. System zajmie się resztą. Tutaj się zapewne zaczną narzekania, że takie rozwiązanie obniża wydajność komputera. Powiem że, nie zauważyłem tego, a w tej chwili pracuje na MBP 13” C2D 2,53 GHz z 4 Gb RAM. Maszyna nie najwydajniejsza i nie najmłodsza. Mam stworzone sześć wirtualnych biurek + otwarte dwa programy w trybie pełnoekranowym. Uruchomione: Safari, Mail, Chrome, Twitter, MAS, iTunes, Address Book, Preview, Skype, iChat, Pages, Keynote, Aperture***. Jest płynnie, a przede wszystkim ładnie i efektownie****.
Następna drobnostka, również bardzo wygodna – wznawianie.

Wznawianie

Obecny tryb używania komputera sprawia, że coraz rzadziej restartujemy nasz sprzęt, z reguły przy okazji jakiejś aktualizacji oprogramowania lub kiedy już się zamuli kompletnie. Mam wtedy otwartych XX programów, X plików i XXX zakładek w przeglądarkach. Otwierać to wszystko ręcznie, szukać po restarcie gdzie się skończyło – męczące i niewygodne. OS X Lion pyta się, czy wznowić otwarte programy po restarcie. Komputer nas wita dokładnie w tym miejscu, gdzie skończyliśmy. Małe, a cieszy.
Następna funkcje, chyba najważniejsze – Automatyczne zachowywanie i Wersje.
Nawet nie każdy SU ma wyrobiony odruch CMD+S, u ZU to rzadkość. Automatyczne zapisywanie co 5 min połączone z wersjonowaniem plików. Już niestraszny będzie komunikat “Program wykonał niedozwoloną operację i zostanie zamknięty”... oj to chyba nie ten system. Komunikat inny, ale i na OS zdarza się przewrócić którejś aplikacji.

 

(download)

Możemy nie tylko powrócić do wersji pliku "dwa akapity temu", ale również przenieść fragment starej wersji do nowej. Funkcja ta jest zupełnie niezależna od Time Machine. Rozwiązanie genialne dla ZU, dla SU ma pewne wady – o tym będzie później.
Na koniec pozostał nam duet Mac App Store i Launchpad. MAS znany już od 10.6.6, tu się nic nie zmieniło, to nadal wielki sklep z aplikacjami. Kolejne wygodne dla ZU rozwiązanie do kupowania programów. Można ocenić oprogramowanie, przeczytać recenzję tych, co kupili. Wszystko pod kuratelą Apple, nie ściągniemy jakiegoś malware, aplikacja będzie odznaczała się funkcjonalnością z opisu, przynajmniej tak mówi teoria, która się sprawdza w większości przypadków. Pięknie, prawda? Jednak nie do końca, zwrot zakupionego programu jest niemożliwy****. MAS przed każdym zakupem żąda hasła do konta w celu potwierdzenia. Dla ZU jest to jednak świetny sklep z zabawkami, a i SU znajdzie coś dla siebie. Kupujemy aplikację i ona ładnym animowanym ruchem ląduje w Launchpad, przestrzeni do uruchamiania programów znanej z iOS. Jednym gestem, jednym klikiem możemy wywołać taki ekran:

Launchpad

Wszystkie nasze zainstalowane programy z teczki Applications. Klik i mamy. No właśnie – klik, patrząc na taki ekran aż się prosi stuknąć palcem w ikonę. Rozwiązanie świetne w iOS, na dużych komputerach bez ekranu dotykowego się nie sprawdza. Na nic grupowanie programów w folderach. Uruchomiłem dwa razy w tym po raz drugi teraz, żeby zrobić zrzut ekranu. Może komuś się przydaje, chętnie się dowiem jak jest oceniany ten gadżet. W tym miejscu wychodzi ze mnie SU. Jeżeli nie mam danego programu w Dock i zresztą nawet jak mam, to uruchamiam go z poziomu Spotlight – CMD+Spacja – bez odrywania rąk od klawiatury. Wystarczy wpisać fragment nazwy poszukiwanego programu, strzałka w dół i już.

Sp1

Spotlight ma jednak dla nas małą nowość. Podgląd dokumentu z poziomu wyszukiwarki. Wystarczy go zaznaczyć. Większość popularnych formatów jest obsługiwana, tak samo jak w Quick Look.

Spp

Spotlight zostało bardzo usprawnione i to się daje odczuć, wyszukiwanie jest błyskawiczne, nie odnotowałem też problemów z indeksowaniem.
Wraz z nowym Mail.app zasługuje na oddzielny wpis, ale już taki dla SU. Jak już jesteśmy przy Mail, wspomnę tylko o jednej rzeczy. Integracji kont internetowych z poziomu systemu. Już nie trzeba ustawiać oddzielnie dla komunikatora GTalk, MobileMe, poczty kalendarza. Wszystko jest w jednym miejscu – System Preferences

Accounts

Przedefiniowane najpopularniejsi usługodawcy. Ustawiamy w jednym miejscu i zaznaczmy, z jakich usług korzystamy na tym koncie. Nie musimy osobno konfigurować komunikatora czy klienta poczty. Znowu ładnie, przyjemnie i szybko.
Na koniec mała pretensja do Apple, w 10.7 Lion nie ma Front Row. Program dla użytkowników przede wszystkim iMaków, obsługa wszystkich multimediów za pomocą pilota z kanapy. Szkoda go trochę. Czuję tutaj chęć namówienia klientów do kupna nowego Apple TV.
Oczywiście nie omówiłem wszystkich nowości w Mac OS X Lion, a te, które opisałem, mają tylko pobieżne objaśnienia. Ale, wybaczcie, to był Odcinek Specjalny dla ZU. Powstał po dyskusji na Twitterze kilka dni temu, w której pojawiły się głosy, że brakuje takiego opisu nowego kota od Apple. Zaznaczam, że nie jestem ZU, starałem się wcielić w rolę, zapomnieć, że wiem co i dlaczego, i co CLI do mnie mruczy, starałem się nie pisać o Aperture, PS i wyciekach pamięci. Systemy Apple zawsze były dla przeciętnego użytkownika przyjazne, jak widać mogą być jeszcze bardziej. 10.7 jest właśnie takim systemem.
Tracimy trochę na tym my, czyli SU. Czasem musimy się bardziej nagłowić, żeby wprowadzić jakieś nietypowe ustawienie, czy wykonać operację o której ZU nawet nie słyszał. Jednak jakoś specjalnie nie narzekam, poradzę sobie. To Tobie, Zwykły Użytkowniku, ma być łatwiej i przyjemniej. Admin da sobie radę. Nowy system naprawdę jest jeszcze przyjaźniejszy, ładniejszy i jeszcze bardziej łał ;) Za niską cenę dostajemy może nie 250***** wspaniałych nowych funkcji widocznych od pierwszych sekund po włączeniu komputera, ale tych kilka opisanych naprawdę wystarczy.


* spokojnie będzie w następnych częściach.
** nie jestem ZU, ale naprawdę się postaram.
*** tak wiem, to nie jest aplikacja dla ZU.
**** ma być ładnie, to jest opis dla ZU.
**** podobno się da, po długiej korespondencji z Apple EU, powód musi być poważny. Nie wiem nie sprawdzałem osobiście.
***** na pozostałe mniej widoczne zwróci uwagę SU, a czy są takie wspaniałe, o tym w następnych odcinkach.

Lion cz. III, czyli nowe szaty Króla Lwa

Mamy już nowy system, zastanawiamy się co nam nie zadziała. Tymczasem podziwiamy nowy wygląd, dostrzegamy zaledwie delikatne zmiany w GUI. Przy tym słyszałem najwięcej protestów i narzekań użytkowników:, „o ja za taką kosmetykę zapłaciłem?! Przecież to service pack dla Snow Leoparda 10.6 jest!”. Teraz sięgamy pamięcią wstecz, tak do Pantery 10.3, przypominając sobie 10.4 Tiger i w końcu 10.5 Leopard. Czy Apple wprowadzało jakieś wielkie rewolucje w GUI przez ten czas? Następowały drobne zmiany w wyglądzie systemu, ale przede wszystkim zwiększała się funkcjonalność. Wielkich rewolucji, takich jak między Win XP i Win Vista nie było, za taką rewolucję można uznać przejście z systemu Classic na OS X.
Owszem, jak się spojrzy na 10.3 i porówna z 10.6 to różnica jest ogromna, tylko że dzielą je 3 generacje systemu . Lew stał się bardziej minimalistyczny, szare ikony w Finder, znikające paski przewijania w aplikacjach itd. Podoba mi się ten kierunek, choć są tu pewne niekonsekwencje, np. ikona All My files: w sidebar szara, a w belce okna kolorowa.
Finderowi, który został całkowicie przepisany od nowa, wyszło to na zdrowie. Nie udało mi się go ani razu zawiesić, a użytkuję system na głównym komputerze od dnia jego premiery. Zmieniła się też filozofia pracy z plikami i aplikacjami, co najlepiej widać po sidebar.
Sidebar


All My Files uważam za genialne rozwiązanie. Przyznaję, że do teczki Documents czy Pictures bezpośrednio zaglądam coraz rzadziej. Pliki podane są bowiem w All My Files według kategorii i kolejności ostatniego użycia.
All_my_flies

Nastąpiło całkowite przeszeregowanie, teraz, Użytkowniku, najważniejsze są Twoje pliki, następna w kolejce jest chmura, Twoja sieć, same urządzenia –  komputer, dyski zostały przesunięte na sam koniec w hierarchii. Nie kłopocz się, co i gdzie, pozostaw to systemowi, zajmij się pracą lub baw się. Do czego tak naprawdę jest nam potrzebna wiedza, co system robi z plikiem? My chcemy mieć do niego jak najszybszy dostęp. Potrzebujemy zapewnienia, że jest bezpieczny i nieudostępniany bez naszej wiedzy. System ma być przezroczysty dla użytkownika, ma ułatwiać jego zadania. 
Ze zmian funkcjonalnych w GUI najbardziej zauważalne jest odwrotne działanie paska przewijania. Chwila, jakie odwrotne?! Przecież tak jest prawidłowo. Takie było moje spostrzeżenie po 10 minutach przy 10.6.8, kiedy na prywatnym komputerze od miesiąca mruczał Lew w wersji deweloperskiej. Przestawiłem się w moment na ustawienia w 10.7 i są one dla mnie jak najbardziej naturalne.

Scroll

Jeżeli komuś taka opcja jednak się nie podoba, w System Preferences może to łatwo zmienić. Pojawiły się głosy, że znikające paski przewijania uniemożliwiają pracę z tabletem. Testowałem wczoraj Lwa z Wacom Intuos 4, pracuje się bez żadnego problemu, po podłączeniu tabletu półprzezroczyste paski są widoczne cały czas. 
Bardzo estetycznie zintegrowany jest także tryb pełnoekranowy dla aplikacji, polubiony przeze mnie od razu w Safari, Mail i Pages.
Wymienione zmiany to tylko graficzny interfejs użytkownika, za nimi kryje się wiele nowych funkcji i usprawnień, niektóre z nich będą wymagały od nas zmiany przyzwyczajeń. Myślę, że szybko przestawimy się i powrót do poprzedniego systemu będzie kłopotliwy. Specjalnie nie opisałem tutaj nowych funkcjonalności poszczególnych programów dostarczanych razem z systemem, czy w pełni Findera wraz z Launchad i Mission Control. To w następnej części, która już niebawem i tym razem bez kilkudniowej przerwy.

Lion cz. II, czyli czego nie czytamy

 

Kawa_i_cygaro

Duża kawa i cygaro, bo łącze było za wolne.

 

Jesteśmy po kawie, albo dwóch. Lion pobrany z Mac App Store, ikonka w doku grzecznie czeka. Większość użytkowników z marszu bierze się za instalację. Kto dziś czyta instrukcję lub licencję dołączoną do programu? Zacznijmy od tego drugiego, kryje się tu niespodzianka, miła dla nas – użytkowników. 

 

Jeśli Użytkownik nabył licencję na Oprogramowanie Apple w Mac App Store, wówczas zgodnie z warunkami oraz postanowieniami tej Licencji oraz „Zasadami korzystania z produktów i sklepów" zdefiniowanymi w „Warunkach korzystania ze sklepu Mac App Store" (http://www.apple.com/legal/itunes/ww/) („Warunki korzystania”), Użytkownikowi przyznaje się ograniczoną, niewyłączną oraz bez prawa do przekazywania licencję:

(i) do pobrania, zainstalowania, korzystania oraz uruchamiania w celach prywatnych, niekomercyjnych, jednej (1) kopii Oprogramowania Apple bezpośrednio na każdym komputerze marki Apple z działającym systemem Mac OS X Snow Leopard lub Mac OS X Snow Leopard Server („Komputer Mac”), który jest własnością Użytkownika lub pod jego kontrolą; (*)

Kupujemy raz, instalujemy na każdym naszym komputerze Apple spełniającym wymagania sprzętowe. Wszystko za 23,99€.  

Mamy aplikację instalującą Install Mac OS X Lion.app.

Już klikamy, aby zainstalować – ale, stop. Wersja instalacyjna ulegnie samokasowaniu po wykonaniu tego, do czego ją stworzono. Już słyszę głosy oburzenia. Jak to, to jak w razie awarii reinstalować system?! Powoli. 

Dla tradycjonalistów chcących posiadać płytę. Control-click, potem Show Package Contents na ikonie Install Mac OS X Lion.app. Znajdujemy InstallESD.dmg ukryte w teczce Contents/SharedSupport. Tego obrazu można użyć do stworzenia płyty lub zewnętrznego dysku służących do awaryjnych instalacji. Można, ale nie jest to konieczne. Powraca matematyczny smok, który sam się przez siebie dzielił. Tak samo instaluje się Mac OS X – sam przez siebie. Zagadka jest do rozwiązania: Instalator tworzy dodatkową partycję na dysku głównym, której użyje do instalacji, potem pozostawi jako Recovery późniejszych awaryjnych reinstalacji. Spokojnie, Lew nie zje nam ~4GB miejsca z dysku, partycja Recovery zajmuje około 650MB. Tak to wygląda u mnie po instalacji 10.7:

 

Screen_shot_2011-08-11_at_10

Listę wszystkich partycji otrzymujemy, wpisując w terminalu polecenie diskutil z parametrem list. Pozycja nr 3 na powyższej liście jest to wcześniej wspomniana partycja odzyskiwania. Z poziomu systemu jest ona niewidoczna. Dostęp do niej uzyskujemy przez uruchomienie komputera z wciśniętymi klawiszami Command+R lub Alt (Option), czyli tradycyjny dostęp do wszystkich dysków bootujących.


Teraz na niektórych użytkowników padł blady strach. Co z moimi danymi, skoro instalator przepartycjonowuje dysk. Spokojnie, dane są zabezpieczone, Mac OS X już od dłuższego czasu umożliwia bezpieczną zmianę partycji. 

Ważna informacja: w razie potrzeby reinstalacji systemu na czysto, za pomocą Recovery HD, będzie niezbędne łącze internetowe. Wszystkie brakujące elementy instalatora są bowiem pobierane w trakcie instalacji, automatycznie czas pracy instalatora zależy zatem od prędkości naszego łącza. Dlatego użytkownicy, którzy mają wolniejsze łącza powinni stworzyć sobie obraz pełnego instalatora wg przepisu podanego przeze mnie wcześniej lub uzbroić się w cierpliwość. 

Co jednak w sytuacji, kiedy dysk twardy uległ uszkodzeniu? Jak mamy zainstalować system na nowym dysku, zupełnie czystym? Apple przewidziało sytuację i udostępniło Lion Recovery Disk Assistant, program umożliwiający stworzenie partycji odzyskiwania na zewnętrznym dysku lub pendrive. Uwaga! obsługiwane są tylko dyski USB, brak obsługi dysków FW oraz wbudowanego czytnika kart SD. Sam jednak stworzyłem taką partycję na karcie SD, podłączonej przez zewnętrzny czytnik USB. Tak stworzona i umieszczona we wbudowanym slocie – działa. Szkoda, że Apple nie umożliwiło takiej funkcjonalności bezpośrednio. Dysk tak stworzony, do pełnej reinstalacji systemu również wymaga dostępu do internetu. 

Funkcjonalność partycji Recovery jest zbliżona do tego, co otrzymujemy po wystartowaniu komputera z płyty z systemem: narzędzia diagnostyczne, zmiana hasła itd. Dodatkowo otrzymujemy przeglądarkę internetową, możemy zadać pytanie google i poszukać rozwiązania naszego problemu z komputerem. Nie musimy w tym celu używać drugiego komputera, który niekoniecznie jest pod ręką. Zawsze to droga łatwiejsza i czasem szybsza niż wizyta w serwisie czy u zaprzyjaźnionego specjalisty.


Dobre czy złe rozwiązanie? Moim zdaniem na plus, zapominamy o rysujących się płytach, znika problem zaginionej płyty instalacyjnej. Dodanie dostępu do przeglądarki jest, moim zdaniem, rewelacyjnym pomysłem, szybki dostęp do sieci i zadanie pytania bardzo często rozwiązuje problem (zbędny jest dostęp do drugiego komputera). W przypadku reinstalacji pobierany instalator zapewne (**) będzie zawierał najnowszą wersję systemu, odpada zatem dodatkowe ściąganie aktualizacji.Na wypadek poważniejszych awarii, które przecież mogą się zdarzyć, trzeba stworzyć partycję Recovery na dysku zewnętrznym lub pendrive. To jest mała niedogodność, trzeba bowiem pamiętać, żeby ją utworzyć. Zaawansowany użytkownik na pewno nie zapomni, mniej doświadczony nie będzie sobie zawracał tym głowy, po prostu uda się z niesprawnym komputerem do specjalisty. Brak dostępu do partycji Recovery na wbudowanym dysku, niestety wróży poważną awarię, z którą niedoświadczona osoba sobie nie poradzi. Lepiej oddać zatem komputer specjaliście, jeżeli się na czymś nie znam, z takiego wychodzę założenia przynajmniej ja i gdy samochód przestaje pracować, dzwonię po mechanika, z mojej interwencji będzie więcej szkody niż pożytku. 

Małym minusem jest również konieczność dostępu do internetu w trakcie pełnej reinstalacji, w podróży może to być kłopot, ale nie nierozwiązywalny. Kto zabiera wyjeżdżając ze sobą płyty instalacyjne. Prędzej i łatwiej na drugim końcu świata znajdziemy łącze niż płyty pasujące do naszego komputera. Minus przeradza się w plus. 

 

Rozpisałem się, a Lew czeka w klatce, żeby go wypuścić. Wszystko już wiemy, na temat tego, jak i gdzie. Więc można zaczynać nasz program już. Stop – tak jeszcze jeden. 

Forma podania aplikacji nowego systemu powoduje, że zapominamy (chyba trochę o to chodzi Apple), że to jest system, nie kolejny program, który jak wystąpi błąd to się najwyżej nie zainstaluje. Co robiliśmy przed każdym upgrade poprzedniego systemu, a raczej co powinniśmy robić? Udajemy się do teczki Applications/Utilities, uruchamiamy program Disk Utility.app. Sprawdzamy przywileje, naprawiamy przywileje, sprawdzamy dysk i naprawiamy błędy na dysku, jeżeli takowe wystąpią. W przypadku pojawienia się tych drugich, sugeruję odszukanie płyty  z poprzednim systemem, uruchomienie komputera z niej i wykonanie operacji jeszcze raz z poziomu instalatora – zewnętrznego nośnika. 

Dlaczego w przypadku upgrade do Mac OS X 10.7 Lion jest takie ważne? Pisałem o tym przez ostatnie kilkadziesiąt wersów. Instalator tworzy partycję dodatkową, w przypadku dużej ilości błędów na dysku może to być niemożliwe. W takiej sytuacji istnieje prawdopodobieństwo, że zostaniemy bez dostępu do systemu, naszych danych i wizyta w serwisie będzie koniecznością. To pierwsze miejsce, w którym Lew może nas pogryźć; kilka takich pogryzień już spotkałem i leczyłem. 

Teraz już możemy iść dalej, świadomi plusów i zagrożeń. Klikamy i dalej postępujemy według instrukcji na ekranie, teraz już będzie wszystko Apple Way


Jak tak dalej będę się rozpisywał, to wyjdzie mi więcej części niż planowane cztery. W następnym odcinku pogłaszeczmy kota po świeżo uczesanej grzywie, czyli powiem coś o zmianach w wyglądzie i nie tylko. 

 

 

 

(*) Pełen tekst licencji dostępny tutaj http://itunes.apple.com/pl/app/os-x-lion/id444303913?mt=12

(**) W momencie pisania tego tekstu dostępna publiczne jest wersja 10.7.0, więc to moje przypuszczenie.

Tytułem wstępu, czyli o czym zapominamy, a wiedzieć powinniśmy. OS X Lion, część I

Lion

Dlaczego Apple? Używam komputerów z jabłkiem na obudowie od ponad dziesięciu lat. Prawie tak samo długo administruję sieciami na nich opartymi, buduję rozwiązania dla grafików, fotografów i filmowców. Po premierze nowego systemu Mac OS X pojawiły się głosy, że to tylko poprawka dla Snow Leoparda, taki service pack. Nie zgadzam się z tym ani trochę. Zainspirowany recenzją Johna Siracusa dla Ars Technica postanowiłem trochę oswoić nowego kota od Apple, bo już kilka pogryzień (nie z jego winy) widziałem. 

Zanim kupimy system, program, grę sprawdzamy...  co, sprawdzamy? Wymagania sprzętowe. W przypadku 10.7 nie różnią się znacznie od poprzednika. Architektura komputera musi być 64-bitowa. Biorąc pod uwagę, że w sierpniu 2007 zaprzestano produkcji maszyn 32-bitowych, można było się tego spodziewać.  
Następnym krokiem jest rezygnacja ze wsparcia dla architektury PPC. Programisto, nie przepisałeś swojego programu przez ostatnie 4 lata? Jeśli nie chcesz zniknąć ze swoim produktem z rynku, musisz to zrobić jak najszybciej. OS X Lion nie zawiera już silnika tłumaczącego kod PPC – Rosetta, nawet jako opcjonalnej instalacji. Producenci oprogramowania sobie poradzą, gorzej z nami – użytkownikami. Używamy małych, lub dużych programów w starszej wersji, bo nie potrzebujemy nowych funkcji wprowadzanych w kolejnych wersjach, bo szkoda funduszy i tak dalej. Teraz, przy nowym systemie, musimy znaleźć zamiennik, kupić uaktualnienie lub... zrezygnować z OS X Lion, do zakupu którego nikt nas nie zmusza. Nie można mieć za złe Apple, że rezygnuje ze wsparcia dla technologii po czterech latach od jej wycofania z produkcji. Sztandarowym przykładem jest tu MS Office w wersji dla Mac 2004, który nie będzie działać. Wybór należy do Ciebie, Użytkowniku. RTFM, żeby płaczu nie było później.

Nasz sprzęt spełnia wymagania, z dokupieniem upgrade kilku programów się pogodziliśmy. Czeka nas następna niespodzianka. OS X Lion jest dostępny tylko on line w  Mac App Store. Taki model dystrybucji oprogramowania to nie nowość dla aplikacji, ale system operacyjny?! Brak fizycznego nośnika, brak pudełka. O tempora, o mores! MAS pojawił się w 10.6.6 jako odpowiednik App Store dla iOS. Pierwszymi programami Apple, które się tam pojawiły były składniki pakietów iLife i iWork, do kupienia osobno. Następne było Aperture, poważne rozwiązanie dla rynku pro, wreszcie całkiem niedawno FinalCut X, tak mocno krytykowany przez branżę filmową. W tej chwili można znaleźć tam tysiące programów pochodzących od setek deweloperów. Dlaczego więc nie sprzedawać w ten sposób systemu? Odpadają koszty tłoczenia płyt, opakowań, dystrybucji do sklepów – cała kosztowna logistyka. Tutaj zaczynają się jęki niezadowolonych użytkowników, którzy przespali ostanie dwa lata rozwoju internetu. Nośnik, jakim jest płyta, powoli odchodzi do lamusa, Apple trochę tę przeprowadzkę przyspiesza. Równocześnie przyspieszają łącza internetowe w naszych domach. Ściągnięcie 3,76 GB nie jest wielkim problemem. Tym dla których to kłopot, Apple w swoich sklepach udostępnia szybkie łącza w celu ściągnięcia zakupionego oprogramowania. Większość dystrybutorów w Polsce w swoich punktach sprzedaży również. Tak można narzekać, że to kłopotliwe jechać do sklepu, żeby ściągnąć system, ale po płytę w pudełku też trzeba pojechać. Co z tej zmiany sposobu dystrybucji mamy? Cenę – 23,99€. Który system operacyjny tyle kosztował? Szybko, łatwo i przyjemnie, dla tych co mają rozsądne łącze, klika kliknięć plus przerwa na kawę i można zacząć instalować.Tu następuje chwila zastanowienia? Instalować nowy system na działający komputer, bez płyty DVD, bez zewnętrznego nośnika – jak zwykły program ściągnięty z internetu. Przyzwyczajeni jesteśmy do płyt, nowością był pendrive dodawany do Macbook Air, teraz nawet tego nie ma. Na myśl przychodzi mi matematyczny smok, który dzielił się sam przez siebie.  O tym podzieleniu się przez się, procesie instalacji oraz co wiedzieć trzeba kiedy Lew zaryczy – w następnym odcinku, bardziej technicznym, CLI też będzie. 

Kulturalne zdjęcia.

Lista zaległych wpisów w notesie rośnie, ciekawe czy się kiedyś doczekają na swoją kolej. Tradycyjnie zaczynam od końca, od niedawnej wizyty w Muzeum Narodowym w Krakowie na wystawie fotografii Wojciecha Plewińskiego. 

Kronika polskiej kultury ostatnich pięćdziesięciu lat. Mnie urzekło kilka portretów postaci z tzw. światka. Mrożek z firanką na głowie – cudowny absurd sytuacji. Leopold Tyrmand uchwycony przez rozbitą szybę w drzwiach – pewnie sam ją wybił. Mógłbym wymieniać dalej, jednak po co? Fotografie bronią się same, ale brakuje mi w wystawie opowiedzianej historii. Cieszę się, że fotografia trafia do takich instytucji jak Muzeum Narodowe, jednak ta wystawa w obecnej postaci pasuje bardziej do dobrej galerii. Tutaj oczekuje czegoś więcej, opowieści – narracji, której tu zabrakło. Klasyczny podział wystawy Portret, Akt, Portret kobiecy itd. Gdzie jest historia, kronika epoki, którą zapowiada wstęp Tomasza Fiałkowskiego? Fotografie Wojciecha Plewińskiego są dziełami sztuki i zasługują na wspaniałe przedstawienie, tutaj zamiarem było ukazanie ich w kontekście epoki, tylko kontekstu zabrakło. Kilka zdjęć narracyjnie było dla mnie nieczytelnych – niezrozumiałych. Dlatego zatrzymałem się przy Tyrmandzie i Mrożku, bo ich twórczość jest mi najbliższa, najlepiej znana. Portret Mrożka w firance zestawiony np. z „Tangiem”, czy Tyrmand z rozbitej szyby z jego felietonami o architekturze dla „Tygodnika Powszechnego”. Znam kontekst – historię, tym bardziej rozumiem geniusz kryjący się w zdjęciu. Przy niektórych zdjęciach mi tego kontekstu zabrakło*, szkoda. Wolałbym mniej zdjęć, a więcej historii. Tak, to piszę ja, wielbiciel obrazków. 
Mistrzostwa w operowaniu światłem i kadrem Wojciechowi Plewińskiemu nie można odmówić.  Dobre zdjęcie nie wymaga podpisu, zbiór fotografii jako opowieść o epoce w takim zestawieniu już tak, za dużo pokazane, za mało wyjaśnione. 
Wystawę obejrzeć trzeba. To są Zdjęcia, to jest Sztuka. Liczę, że młode pokolenie fotografów zobaczy piękno fotografii, nie dbając o historię. 

*częściowo wynika to z moich braków w wiedzy chociażby z historii teatru, a wystawa niestety nie pogłębiła mojej wiedzy, ani zbyt specjalnie nie zachęciła do drążenia tematu. 

Pozamiatane...

Kilka zmian nastąpiło. Posterous został dopisany do mojej głównej domeny www.napoleonbryl.pl. Powiedzmy, że jako oficjalny blog. Wcześniejsze wpisy tymczasowo zostały przeniesione. Pojawią się ponownie, nie wszystkie i po małej redakcji, ale się pojawią. Jak ma być oficjalnie, to przynajmniej postaram się wyeliminować literówki, które robię w zastraszających ilościach. Sama tematyka się raczej nie zmieni, zostanie usystematyzowana, pojawi się więcej o apple i fotografii.